piątek, 21 lutego 2014

Przypadek

Siema!

Dawno nie pisałem bo nie bardzo było o czym. Ale pogoda zaczyna się stabilizować(obym nie wypowiedział tego w złej godzinie!), więc można wziąć się do roboty. Od wczoraj powróciliśmy do biegania. Na początek lajtowo 1,4 km z oponą, żeby się rozruszać i budować mięśnie. Poszło zdecydowanie mniej opornie niż się spodziewałem. Dzisiaj był plan żeby powtórzyć wczorajszy trening(dodać może ze 100-200 metrów) ale... No właśnie! O tym jak nieświadomie wymyśliłem zajebisty system motywacyjny dla Koli.

Wczoraj Kola jak wróciliśmy z biegania(z godzinę po powrocie!) dostała kurczaka z ryżem i olejem z łososia(napiszę o tym wynalazku oddzielny post, ale to za jakiś czas). Dzisiaj jak już się przygotowaliśmy przed wyjściem wyciągnąłem resztkę z wczorajszego posiłku z lodówki żeby się zagrzał trochę zanim go dostanie. No cóż... Wyszła grzecznie - siku, siku... no i się zaczęło. Skoki do mojej brody, chora euforia, skakanie na oponę której jej jeszcze nie podpiąłem i ogólne ADHD. Pomyślałem - zajebiście ma parcie żeby ciągnąć to podpinam. Uspokoiłem ją, podpiąłem oponkę i co? W tył zwrot i sprintem do domu tak jakby opona nie istniała. No cóż pobiegłem z nią... Drugie podejście - już wiedziałem co jest grane. Poszliśmy na koniec trasy i tam wpiąłem oponę. To samo, przebiegła z 800-1000 m sprintem(galop to się chyba nazywa) z podpiętą oponą. Oczywiście sytuacja żeby biegła w drugim kierunku nie miała prawa się zdarzyć. Tym sposobem odkryłem zaiste świetny motywator i sposób do wyćwiczenia "On by"(przygotuj się) i "Hike"(naprzód). Teraz muszę przemyśleć jak go dobrze wykorzystać... Ktoś ma jakieś dobre pomysły?

Inny problem jest taki że Kola dość opornie szła na w tamtą stronę, ale może warto tak zrobić tylko kilka razy żeby skojarzyła że po ładnym ciągnięciu zostanie pięknie nagrodzona.

Cóż jeśli potrzeba jest matką wynalazków, to zdecydowanie przypadek jest ich ojcem.

Gorące pozdrowienia,
M.

czwartek, 13 lutego 2014

W obiektywie #2

Siema!

Tak jak wspominałem w poprzednim poście - odwilż trwa w najlepsze, lub też najgorsze - jak kto woli. W związku z tym jesteśmy zawieszeni w stanie lenistwa. Chętnie bym dorzucił, że błogiego jednak prawdę mówiąc powoli zaczynam dostawać świra od tej laby. Nie ma co opisywać, do póki ten syf za oknem nie przejdzie stoimy zawieszeni w schemacie 2-1, tj. 2 krótkie spacery(30 min) i jeden dłuższy ponad godzinkę. Dlatego też Ania przygotowała dla Was kolejną porcję fotek i 2 filmiki, te pochodzą z końca stycznia zeszłego roku i jest na nich pierwszy dzień Koli u mnie oraz pierwszy spacer na który samodzielnie poszliśmy. Niewiele się od tego czasu zmieniło, tj. Kola jest bardziej śmiała i czuje się wreszcie "u siebie", dodatkowo przybyło jej trochę pięknej puchatej sierści(którą zaczyna już gubić, yuppi!) i parę kilo. Natomiast ja od tego czasu straciłem ok. 10-12 kilogramów, tak że jeśli nie macie pomysłu jak skutecznie zmotywować się do odchudzania to polecam adopcję Haszczaka, nic tak nie zadba o linię. Tym optymistycznym mam nadzieję fragmentem polecam przejrzeć fotki:






Kola od początku była łasa na przysmaki :)


Pozdrawiamy gorąco,
A. i M.

niedziela, 9 lutego 2014

Odwilż

Siema,

pogoda za oknem nie napawa optymizmem. Zamiast białego puchu- szaro i ponuro, a resztki śniegu które zostały na trawie są albo zamarznięte po wierzchu albo stały się szaro-burą breją. O ile po brei jeszcze dałoby radę pobiegać o tyle po tym zamarzniętym syfie niespecjalnie - przynajmniej ja odradzam. Generalnie odwilż z dużą amplitudą temperatury pomiędzy nocą a dniem nie jest tym co tygryski lubią najbardziej.

Koli w prawdzie stan podłoża nie robi różnicy(jak mówi ludowe przysłowie "dobry koń i po błocie pociągnie") natomiast ilość kup, resztek, kości i innego bardziej lub mniej zepsutego syfu która wychodzi spod resztek śniegu jest na tyle intrygująca i pachnie na tyle wybornie, że jest zdecydowanie lepszym zajęciem niż słuchanie komend i jakiekolwiek ćwiczenia.

Chcąc nie chcąc - odpuściłem, oczywiście dużo chodzimy itd. ale jakiś bardziej wymagający myślenia trening jest nie do zrealizowania w chwili obecnej, nawet nie myślę żeby sięgnąć po sleedy bo boję się żeby nie weszło jej w nawyk obwąchiwanie wszystkiego w uprzęży która służy do pracy. Oczywiście ćwiczymy niezatrzymywanie się przy każdy kwiatku i krzaczku, oraz komendę "fe" jak Kola próbuje coś wcinać, ale to trochę syzyfowa praca - "fe" - 5 m dalej znowu jest coś interesującego... 

Taka szybka zmiana temperatury na +6 chyba też jej specjalnie nie służy, bo dzisiaj cały dzień była osowiała i ogólnie rzecz biorąc senna. Dopiero wieczorem jak spotkałem się z Pawłem i Iwoną na spacerze to trochę poganiała za Laysem i Mambą.

Chyba tyle na dzisiaj, mam nadzieję, że taki stan pogody nie będzie się utrzymywał zbyt długo i lunie porządny deszcz i zmyje cały ten burdel albo znowu sypnie białym. Tak czy inaczej pauzujemy i mam nadzieję, że nie na długo.

Jutro przy dobrych wiatrach planuję wycieczkę do Międzylesia i jakiś dłuższy trekking. Przy okazji sprawdzę jak Kola się zachowuje w lesie - wydaje mi się, że powinno być lepiej, może nie za pierwszym razem, bo każdy zapach będzie nowy, jednak ich ilość jest ograniczona, a w okolicy co trawnik to nowy zapach w gammie od rozkładającego się szczura po gnijący bigos czy inny kebab.

Jest to też dobry wstęp do dyskusji nad kulturą ludzi i sprzątania po psie. Coraz bardziej się zastanawiam czy to drugie ma jakiś sens widząc te obsrane po zimie trawniki - w swojej okolicy mogę na palcach jednej ręki policzyć osoby które sprzątają po pupilach. Więc czy to że sprzątnę te 4 klocki dziennie w ogóle coś zmienia? Nie sądzę... Czymś zgoła innym jest natomiast wypieprzanie resztek żarcia dosłownie przez okno. Ostatnio idąc pod blokiem prawie dostałem zgniłym ziemniakiem. Pani która sypie kaczkom i gołębiom żarcie jak zwróciłem jej uwagę, że są od tego karmniki, a poza tym, że one nie jedzą kości i zgniłych obierków od warzyw, to zrobiła oczy w 5 zł i nie wiedziała co powiedzieć po czym uciekła w drugą stronę.

A jak Wasze psy? Też mają taki problem, czy może są mniej rozkojarzone albo po prostu bardziej posłuszne? Odwilż przechodzi u was gładko czy jak u mnie po grudzie? Dajcie znać w komentarzach!

Jeżeli pogoda się utrzyma to chyba nie będę opisywał siedzenia w chałupie, więc pojawią się na pewno jakieś fotki, a jeżeli Ania znajdzie chwilę czasu to może nawet napiszemy jakieś dłuższe charakterystyki naszych suk.

Na koniec jeszcze dodam, że jeśli macie jakieś sensowne opracowania dot. sportów zaprzęgowych w formie elektronicznej to polecam się bardzo i przyjmę w każdej ilości i jakości, o ile będą po polsku lub angielsku. Chodzi mi głównie o naukę komend zaprzęgowych, jak budować treningi itp.

Pozdrawiam,
M.

piątek, 7 lutego 2014

Plany treningowe

Siemka,

wczoraj właściwie nic się nie działo. Po oponach obydwoje byliśmy zmęczeni więc dałem jeden dzień na regenerację. Trochę mnie denerwuje to, że nie znam się na tym jak przebiega proces przemiany energii u psa i nie wiem jak dobrze rozplanować trening. Dlatego też na razie będziemy stosować zasady jak z ludźmi i skupimy się na treningu siłowym. Jeden dzień oponka, jeden dzień aktywnego odpoczynku(długi spacer tak żeby mięśnie się nie zastały, albo zabawa na polanie, zależy jak będę się wyrabiał z czasem). Dystans początkowy 2,4 km i będziemy zwiększać o 10% na tydzień aż uzysakmy dystans docelowy jaki chcę osiągnąć czyli ok. 3,5-5 km mocnej pracy w czasie ok 15-25 min. Czytałem też w materiałach PZSPZ że dobrym ćwiczeniem żeby nauczyć się radzić z zakwaszeniem mięśni jest bieg wahadłowy z ok. 1 min przerwą pomiędzy dystansem, postaramy się przeprowadzić i zobaczyć jak wyjdzie.

Dzisiaj znów opona popołudniu.

Pozdrawiam i trzymajcie kciuki,
M.

czwartek, 6 lutego 2014

Trening siłowy z oponą

Siema!

Wczoraj wieczorem padłem na pysk jak mała kaczka i wpisu nie zrobiłem. Ania za to nadrobiła wrzucając fotki Koli z przed roku. Faktycznie, trochę się jej zmężniało przez ten rok :).

Co się działo u nas wczoraj? Absolutnie szalony dzień. Wczesnym popołudniem poszliśmy do Ulki odebrać obiecaną oponkę do ciągnięcia(pełen wypas, Pirelli!). Trasa gdzieś ok. 4 km zrobiliśmy w niecałe 30 min marszem, z przeważnie ładnie napiętą liną(co jest sporym postępem w naszym wypadku).

Ulki zaproponowała żeby zrobić test oponek więc zabraliśmy Julkę(jej przecudowna haszczanka) i poszliśmy na uciąg oponowy. Myślę że zrobiliśmy gdzieś 1,5-2 km marszo-biegu. Kola radziła sobie zadziwiająco dobrze, miała parcie na uciąg i starała się iść przede mną. Jak Julka nas wyprzedzała próbowała ją gonić. To tej przebieżce przyszedł czas na powrót.

Ponieważ trasa pomiędzy domem Ulki, a moim jest terenem typowo miejskim to musiałem się wczuć w rolę Husky i zapierdzielać z oponą na plecach(ciężko żeby Kola ją ciągnęła po zatłoczonym chodniku). Wpadłem na pomysł żeby podjechać autobusem, ale udało mi się tylko jeden przystanek bo nie miałem kagańca i szofer mnie wyprosił. Całe szczęście udało mi się później złapać tramwaj i podjechałem ostatnie 2 przystanki.

Po drodze wpadliśmy jeszcze do Renaty obejrzeć nową suczkę która na DT w HaszczePaszcze. Sasza absolutnie skradła mi serce. Jednak chaos jaki panuje w chwili obecnej w moim życiu uniemożliwia mi jakiekolwiek deklaracje.

Łączna długość trasy szacunkowo(bo Endo odpalone miałem tylko w jedną stronę i zapomniałem włączyć na powrót...) 9-11 km. Po powrocie nadawałem się już tylko do tępego patrzenia w TV i spania.

Poszukuję też danych jak prowadzić trening siłowy z psem, odległości, obciążenie, tempo i częstotliwość jeśli ktoś ma pomysł to bardzo proszę o jakieś informacje, linka, cokolwiek. Czekam na potwierdzenie rejestracji na forum stake-out ale to moze potrwać, a chciałbym żeby Kola trochę jeszcze się zaprawiła z oponą póki jest stosunkowo chłodno.

Poniżej fotki z "oponkowania":













środa, 5 lutego 2014

W obiektywie #1

Siema,

dzisiaj pierwszy post z serii " W obiektywie". Jak się można domyśleć, będziemy tu wrzucać zdjęcia naszych psiaków. Na pierwszy ogień idą foty Kolałki, sprzed adopcji.

Troszkę się przytyło naszemu miśkowi od tamtej pory :)

A.














Zdjęcia by Katarzyna Rozya

Jak oberwać gazem za ćwiczenie z psem

Siema,

dzisiejszy dzień miał być bez spiny - plan: jeden długi spacer i ćwiczenia z napinaniem linki i kierunkami. Wszystko szło pięknie. Rano podczas szybkiej sanitarki(spacer na załatwienie się) z Psotą spotkałem Pawła z Laysem i Mambą więc skoczyłem do domu podmienić Psotę na Kolę i poszliśmy się przejść. Zrobiliśmy całkiem ładny spacerek, szkoda że nie zabrałem ze sobą telefonu to nie będzie loga z Endo. Myślałem że nic nie zdoła zepsuć mi tak dobrze rozpoczętego dnia. Pomyłka.

Popołudniu zabrałem sledy i ruszyliśmy z Kolą na działki(jako że jeszcze leży trochę śniegu, to ludzie się tam nie kręcą i nie rozprasza się). Na działkach obowiązują zasady jak w terenie publicznym tj. możemy się poruszać alejkami wygrodzonym poza terenem czyjejś działki, psy muszą być na smyczy lub w kagańcu. Upatrzyłem sobie odpowiednią alejkę na uboczu, żeby nikomu nie przeszkadzać. Przypiąłem Kolę do ogrodzenia którym otoczone są całe działki i które oddziela je od terenu miejskiego. Zaczęliśmy ćwiczenie, po ok. 10 min stwierdziłem że jeszcze kilka powtórzeń i się zmywamy. Wtedy nagle z działki położonej tuż przy alejce na której trenowaliśmy wyskakuje staruszka i zwraca się do mnie w te strofy:

S: Gdzie ku**a, spier***aj z tym psem.
JA: Ale o co chodzi? Mogę tutaj być, pies jest przecież na smyczy.
S: Już ku**a, spier***aj z tym spem.
JA: Może trochę kultury, podobno w Pani czasach uczyli.
S: Spier***aj mówię ku**a bo gazem za**bie.

Generalnie jestem dość impulsywną osobą, więc sam sobie się dziwię że dotrwałem do tego etapu, ale tutaj miarka się przebrała. Nikt nie będzie mnie i Koli straszył gazem. Nie pozostałem dłużny i puściłem wiązankę najgorszych epitetów, gróźb, nie zapomniałem wspomnieć też o jej rodzinie. Na co staruszka faktycznie wyciągnęła z kieszeni gaz i zaczęła psikać. Szczęście w nieszczęściu jest takie, że nie miała zielonego pojęcia o zasięgu jego rażenia i psikała z ok. 3 metrów. Trochę szkoda, że nie było wiatru, bo może tą techniką sama napryskała by sobie w twarz.

 Żałuję, że nie nagrałem całej sytuacji bo zapewne był by z tego całkiem sensowny viral na youtube. Jednak nerwy zszargała do imentu. Całe szczęście, że zawinęliśmy się w porę i w drodze do domu wybiegałem cześć szału, bo miałem ochotę spalić jej tę działkę, zasypać i zabić osinowym kołkiem, żeby zło nie wróciło.

 Nie bardzo też mam pomysł na to jak reagować na starych agresywnych ludzi. Bić nie wypada(zwłaszcza kobiety), przy takim poziomie agresji szansy na porozumienie są zerowe. A frustracja w człowieku rośnie pod niebiosa. W sumie Kola też przez dłuższy czas wydawała się być dość spłoszona i wystraszona całą tą kołomyją.

Mieliście tak? Bo zaczynam wierzyć, że tylko mnie spotykają co i rusz jakieś niemiłe niespodzianki ze strony zarówno właścicieli innych psów jak i świrów, od których roi się w Polsce.

Na koniec dzień uratowali Grzegorz, Renata i Silvia dzięki którym załapałem się na jakieś 4+ kg świeżego mięsa z kurczaka za darmoszkę - wielkie dzięki dla Was :)! Oraz Ulki która obiecała mi podarować oponę do treningów z Kolą - również olbrzymi ukłon w twoją stronę!

 Pozdrawiam i lecę na sanitarkę z dziewczynami!

 M.

wtorek, 4 lutego 2014

Trochę luzu i pierwszy log z Endomondo

Siema,

po weekendowym wariactwie spuściliśmy trochę z tonu. Wczoraj był tylko lekki spacerek, podczas którego trochę sobie poćwiczyliśmy komendy: naprzód, ghee(prawo), haw(lewo), start i napinanie linki(to już w domu wieczorem).

Znalazłem też fajną aplikację na telefon(na pewno na androida, ale pewnie na iOS też jest wersja). Nazywa się Endomondo - w podstawowej wersji jest za darmochę. Jak to działa? Odpalamy, wciskamy "Play" i idziemy/biegniemy/jedziemy rowerem, a apka liczy nam czas, odległość, prędkość max i średnią oraz zaznacza trasę na mapce. Wszystko na podstawie GPS. Dla mnie wystarczająco. Można też ogarnąć sobie wersję premium ale dodatkowe opcje jak "strefy tętna" czy "nawodnienie" niespecjalnie wydają mi się przydatne(przynajmniej na razie). Oczywiście można później publikować logi z treningu w portalach społecznościowych czy na blogu. Poniżej mój log z wczoraj, dupy nie urywa ale miał to być bardziej aktywny wypoczynek po tym weekendowym szaleństwie.


Pozdro!
M.

poniedziałek, 3 lutego 2014

Foto Haszczaki i zaprzęgi

Siema!

Dziwię się że mam siłę dzisiaj wklepać jeszcze ten post. Po 3 godzinach na świeżym powietrzu ze stadem haszczaków czuję się tak wymęczony że ledwo się doturlałem z łóżka do kompa żeby coś skrobnąć.

Do rzeczy! Dzisiaj mieliśmy z Kolą przyjemność uczestniczyć w sesji fotograficznej której tematem były psie zaprzęgi. Wchodząc na naszą polankę rozpostarł się przed nami taki oto widok:


16 Huskych/Malamutów + jakieś niedobitki które nie zwiały z polany jak przybyła wataha. Uroczo jest zobaczyć takie stado. Jednak niespecjalnie dobrze czujemy się w tłumie(ja i Ania, Kola za to odnalazła się świetnie). Przybył też pan maszer z sankami domowej roboty(btw. całkiem sensowna i niewymagająca konstrukcja, na przyszłą zimę sam skonstruuje coś takiego na dwa psy).

Impreza sama w sobie bardzo fajna. Problem w tym że jak jest duża impreza to często robi się też duży burdel. Modelki się spóźniły. Każdy chciał żeby jego pies się "przeleciał" w zaprzęgu. Generalnie powstał chaos. Nie lubię też parcia na szkło(ciężko żeby go nie było skoro to sesja zdjęciowa) inni jakoś się dobrze odnaleźli, nawet bardzo. Później przybyły modelki i ekipa foto, zaczęło się wywoływanie psów, zmiany koncepcji etc.

Kiedyś trochę jarałem się fotografią, nawet wpadłem na parę warsztatów. Zawsze wszyscy guru, w tym mój niezawodny przyjaciel od serca Jarek mówili że to fotograf ma panować nad tym co się dzieje na planie. Dzisiaj na planie panował maszer który przywiózł sprzęt. Trochę zgodnie z zasadą "mój cyrk, moje małpy". Nie lubię kiedy ktoś rozkazuje innym(na zasadzie pan i władca). Rozumiem że się poczuwa jako ten bardziej doświadczony. Tylko że zazwyczaj ludzie naprawdę doświadczeni i dobrzy w tym co robią są skromni i starają się pomóc, doradzić, a nie psuć innym krew. Może nie dotknęło by mnie to tak bardzo, ale krzyczenie na Anie i Kolę pod moją nieobecność jest w bardzo złym guście i nie pozwolę żeby ktokolwiek tak traktował moje dziewuchy. Zwłaszcza jeśli widzimy się na oczy drugi raz w życiu. Może moja opinia też również jest powierzchowna, ale dla mnie sport z którym dopiero zaczynam przygodę ma być rekreacją, zajebistym spędzaniem czasu. Nie stresem i ciężką harówą. Na harówę jeszcze przyjdzie czas. Łatwo jest wypalić psa i powie to każdy kto chociaż trochę poczytał, albo doświadczył. Jeśli ktoś ma niespełnione ambicje i chce je realizować kosztem mojego komfortu to powodzenia ale nie ze mną.

Co dobre, to to że udało się podpiąć Kolę na trochę do zaprzęgu i pobiegała, więc mogliśmy się upewnić że chce. Druga sprawa - była też  Sanga która jest absolutnie bratnią duszą Koli  tak że - nawet bo kilku ładnych rundkach w zaprzęgu zabawa była pyszna. Na koniec dodam że chyba z obecności nas i Koli największą nagrodą za udział w tym całym przedsięwzięciu były uśmiechy dzieciaków które Kola przewiozła na saneczkach. I może lepiej na tym zakończyć. Fotki Kola + Sanga, jeżeli chodzi o zabawę - duet "nie do zajechania".









Podsumowanie, przynajmniej dla mnie jest takie:

Fajny pomysł, z wykonaniem mogło być lepiej. Witałem się z gąską i liczyłem że znalazłem kontakt z kimś kto ogarnia zaprzęgowe sprawy. I tak jest w rzeczywistości, jednak nasze podejście, mentalność i sposób pracy z psem jest diametralnie inny, tak że trzeba będzie szukać dalej. Kola wybiegana i szczęśliwa śpi.

Co za tym idzie i jakie są nasze plany? Ano po dzisiejszym parę priorytetów stało się jasne. Kola na razie będzie trenowała solo ze mną lub Anią. Na wiosnę mam nadzieję że uda nam się wyłożyć pieniążki na rower albo hulajnogę, tak żeby było coś do treningu dla jednego psa.

Co do nas to pierwszą sprawą jest wyniesienie się wreszcie na swoje, jak Bóg da to do Rembertowa albo w jakiś inny około-leśny teren, gdzie będzie można pozwolić sobie na kolejnego haszczaka w naszym stadku. Ja będę nadal próbował szukać jakichś maszerów z którymi może uda mi się lepiej dogadać i zaczepić na trochę nauczyć i głęboko wierzę że w tym środowisku istnieją fajni, ciepli ludzie.

Co więcej? Mam coraz większą motywację do tego żeby rzucić palenie, tak że trzymajcie za mnie kciuki.

To tyle na dzisiaj,
Pozdrowienia!

niedziela, 2 lutego 2014

Pierwsze Husky za płoty

Siema!

Od dłuższego czasu robiliśmy mniejsze i większe przymiarki do rozpoczęcia przygody z zaprzęgami, ciągnięciem na biegówkach, rowerze albo hulajnodze. Kola odkąd jest u nas zawsze lubiła aktywnie spędzać czas - nie ma się zresztą czemu dziwić, taka charakterystyka rasy. Jednak przeważnie ta aktywność kończyła się na bieganiu z nami lub zabawą i gonitwami z innymi psami na spacerach. Chcieliśmy żeby miała możliwość wybiegania się i pracy tak jak ma to zapisane we krwi. Poza tym warto też poszerzać własne horyzonty i możliwości bo posiadanie(nie lubię tego słowa, w końcu pies to nie rzecz) psa to jedno. My chcieliśmy żeby ten pies był naszym hobby, a nie tylko zwierzakiem z którym "o boże trzeba znowu wyjść".

Przymiarki zacząłem od szukania informacji co i jak z tymi sportami zaprzęgowymi. Generalnie jest tak, że trochę ludzi w Polsce się tym zajmuje, ba mamy nawet mistrzów i wicemistrzów świata, natomiast konkretnych informacji jak na lekarstwo. No, ale od czegoś trzeba zacząć. Ja zacząłem od tego żeby sprawdzić czy Kola  ma zapał do ciągnięcia. Kupiłem 5-litrowy baniak z wodą i przypiąłem go do jej normalnych szelek spacerowych. Poszliśmy trochę pobiegać - no i poszło, okazało się że jak już przestała się bać goniącego jej baniaka to zapał do biegu miała większy niż normalnie. Od tamtej pory zaczęliśmy biegać bardziej regularnie(aczkolwiek bieganie w 10 stopniowym mrozie to absolutny killer dla moich płuc, tak, że ostatnie 2 tygodnie sobie odpuściliśmy). Pozostało pytanie co dalej? No więc tak, w każde hobby trzeba niestety zainwestować - w zaprzęgi zdecydowanie sporo(a doliczając do tego utrzymanie psów na odpowiednim poziomie i specjalistyczne karmy to BARDZO sporo), oczywiście jeśli chce się to robić "profesjonalnie". My na starcie mając jedną suczkę nadającą się do ciągnięcia postanowiliśmy się zabrać za sprawę trochę mniej profesjonalnie :). Wydatkiem koniecznym i niezbędnym jest zdecydowanie wyposażenie do biegania czy ciągnięcia, czyli odpowiednia uprząż zaprzęgowa oraz linka z amortyzatorem. My zaszaleliśmy i zamówiliśmy też pas biodrowy, koszt całkowity przedsięwzięcia ok. 200 zł, można to zrobić zdecydowanie taniej(myślę że dla chcącego zamknięcie się w ok. 120-140 zł to nie problem), jednak ponieważ Kola nie jest super rodowodowym przedstawicielem rasy, to uprząż(sledy lub też szorki - jak kto woli) były szyte na miarę. 

Odkąd zamówienie dotarło kilkukrotnie byliśmy z nią na sankach(w naszym przypadku za sanki robi stara deska snowboardowa :D) i całkiem ładnie sobie radziła - zdecydowanie lepiej niż w starych spacerówkach(o tym chyba napiszę kiedyś dłuższy wywód). Dzisiaj przyszedł TEN dzień i dzięki pomocy znajomych(dzięki Baba Jaga, Renata, Grzesiek!) którzy skontaktowali nas z maszerem(który z zaprzęgami ma już trochę doświadczenia i wie co i jak) udało nam się wybrać i Kola pierwszy raz biegła w zaprzęgu!

Pierwsze wpięcie zakończyło się całkiem niezłym sukcesem - Kola i Misiek. Musiałem jechać na rowerze przed zaprzęgiem tak, żeby Kola mnie goniła - dała radę całkiem ładnie, nie było spięć między nią a Miśkiem a najważniejsze że już po paru susach wiedziała co jest grane.

Drugie wpięcie było na 4 psy i niestety Kola nie załapała od początku ich tempa przez co zaliczyła efektowną glebę już na starcie i szybko ją wypieliśmy.

Trzecie i ostatnie wpięcie znowu sukces, Kola na pozycji lidera, za nią Lays(pies Pawła który nam dzisiaj towarzyszył) i Mamba(jest na tymczasie u Pawła). Paweł został maszerem, a ja znowu jechałem na rowerze przed zaprzęgiem - niestety Kola bez wabika w postaci mnie lub Ani jeszcze nie do końca wie co ma robić, trzeba będzie nad tym popracować.

Podsumowanie jest takie - jest dobrze, wiemy nad czym popracować, strasznie dużo emocji jak na jeden dzień - jutro powtórka tak że trzymajcie kciuki!!!

Pozdrowienia,
M.

EDIT: Tak jak obiecyawłem, dorzucam fotki, dzisiaj trzeba będzie dorzucić kolejną notkę(olaboga).



sobota, 1 lutego 2014

Cześć!

Jesteśmy Ania i Maciek. Od roku mamy świra na punkcie huskych, od momentu kiedy zaadoptowaliśmy Kole. Każdego dnia czerpiemy radość z tego, że ją mamy. Ciężko jest sobie nam teraz wyobrazić życie bez tej wiecznie rozbawionej mordy.
Czy nasze początki z Kolą były trudne? Na szczęście nie. Tylko raz mieliśmy na samym początku przygodę, kiedy Kola na wieczornym spacerze wymsknęła się z szelek i przez kilka godzin hopsała szczęśliwa w okół Maćka nie dając się złapać. Musiałam przyjechać ok. 1 w nocy, i jak tylko Kola mnie zobaczyła wskoczyła na mnie z radości i wtedy ją złapałam. Więcej ucieczek nie zarejestrowaliśmy.
Po około pół roku  do Koli dołączyła Psota- mały kundelek podobny do pekińczyka. Znalazła ją mama Maćka. Szukaliśmy właściciela, ale się nie udało. Więc zaczęliśmy szukać jej domu. Jednak udobruchała nasze serca i nie potrafiliśmy już jej oddać.

Na razie to tyle, w następnych postach postaramy się napisać coś więcej o naszych psiakach i  naszych haszczych planach.

A.